Co wspólnego ma wiosna i siłownia?

Kończy się zima. Wychodzimy z wielkich swetrów i ciepłych spodni, a tu niespodzianka. Zimowa tkanka tłuszczowa odmawia współpracy z wiosenną spódniczką mini! Jak trwoga to… na siłownię!

W marcu wszyscy już mają szczerze dosyć zimowego chłodu, kożuchów i czapek z pomponem. Pierwsze cieplejsze dni sprawiają, że paniom marzą się stroje kąpielowe dwuczęściowe oczywiście, i zwiewne sukienki na lato. Zimowy leń najczęściej wyszedł nam bokiem, i to nad spodniami, więc zaczyna się wiosenno-letnia pogoń za szczupłą sylwetką.

Dieta cud

Pierwszy histeryczny krok po 2 kg mniej to oczywiście cudowna dieta. Gazety i portale internetowe wykorzystują tę kobiecą słabość i już od pierwszych słonecznych dni namawiają nas na zmniejszenie porcji jedzenia. Masochistyczna skłonność płci żeńskiej każe testować na sobie dziwne diety niewiele różniące się od głodówek.

Fitness, jogging, rower, rolki…

Wiosna sprawia, że ludzie tłumnie uprawiają jogging, spalają tkankę na rowerach i oblegają siłownię. Jak na dzwonek panie pędzą na najcięższe z treningów fitness, a panowie pompują bicepsy na „siłkach”. Pocimy się, męczymy i dręczymy, tylko po to, żeby wcisnąć się w szorty i paradować dumnie po plaży.

To wiosenne wariactwo służy oczywiście zdrowiu, a przede wszystkim urodzie. Co by było jednak, gdybyśmy na zimę nie przerywali ruchu i nie chowali się w gawrach jak niedźwiedzie? Skąd w nas potrzeba zimowej hodowli kilogramów? Może to naturalna kolej rzeczy? Zima usypia naszą próżność.